Orley Scratches

Wspinanie pt.7

Siedzimy na Guadaleście, tydzień śpimy w naszej osobówce w Refugio, padł nam akumulator (bo nowych aut nie da się wyłączyć będąc w środku, i trzeba robić sztuczki - wyłączyć home coming/welcome, jasność 0%, 2x klikać pilota).

Parę luźnych spostrzeżeń.:

  1. Czasami robienie drogi bez większej nadziei na jej przejście jest dla mnie super. 3x pojechałem na Mandarynki na 6c+. W końcu urobiłem (a potem tego samego dnia jeszcze 7a, która już w ogóle wydawała się poza zasięgiem, a puściła prawie natychmiast), ale nawet nie o to chodzi. Kiedy indziej tego nie cierpię. Próbuję się kapnąć co robi różnicę? Robocze teorie.:
  1. 31m 6a+ mnie pokonało, dobrze, że się szybko wycofałem. Crux pod stanem, fuj! Zrobię takie coś na wielowyciągu jak nie ma wyjścia (może nawet z satysfakcją), ale przy wspinaczce sportowej w ogóle mnie to nie bawi. Albo jest dla mnie ekwiwalentem niziutkiego 6c+, jeśli chodzi o osobiste osiągnięcia.

  2. Nie lubię się wspinać bez koszulki! Już lepiej ją zdjąć na czas asekuracji (buff na kark!) albo odpiąć nogawki. Lubię nie mieć ze sobą zegarka, i gdy telefon jest wyłączony (lub w obozie). Tuby na linę (na liście) są wspaniałe i już nigdy nie chcę się wspinać bez. Chcę kupić jeszcze jedne spodnie z odpinanymi nogawkami.