Poukładanie sobie sportu - próba numer 5

Co mi obecnie sprawia radość we wspinaniu? Nie co powinno, tylko jak jest teraz?
Bawi mnie robienie dróg od 5 do 7a (głównie wokół 6a+, 6b, 6b+) OS, FL, 2nd go, w jednej sesji. Bawi mnie wędkowanie trudnych rzeczy, o ile ruchy są wykonalne.
Nie bawi mnie:
- wiszenie na linie kiedy ktoś asekuruje,
- projektowanie,
- asekuracja (na projektach dochodzi problem kontuzji pleców),
- pakowanie się i planowanie, im prostsze to wszystko tym lepiej
Trochę mnie bawią nowe patenty, usprawnienia, ale tylko czasami. Trochę bawi mnie trad, wielowyciągi, zjazdy. Nie bawi mnie utknięcie w jakiejś rozkminie. Kiedyś bawiło.
Nie bawi mnie ryzyko. Tzn czasem trochę bawi runout, trad, highball, kiedy wiem, że nie polecę. Ale ogólnie to nie bawi mnie zimny strach. Nie mam na ten rodzaj strachu miejsca w życiu.
Wolę nie mieć wypadku, niż robić większą cyfrę.
Wspinanie ma mi dawać zdrowie, wyzwanie, zabawę, kontakt z przyrodą i ludźmi. Ma stymulować intelektualnie i motywować do zdrowego życia i treningu.
Pierdzielę dalszą progresję. Od tylu (6?) lat tkwię gdzieś koło 7a w linie i baldach. Chcę robić więcej rzeczy między 6a a 7a. Chcę uprawiać inne sporty jak mam ochotę na inne sporty, nie przejmować się tym, że od jednego stylu wspinaczki albo treningu pogarsza się inny.
Chciałbym, żeby każdy dzień w skałach dawał mentalny odpoczynek i ucieczkę niezależnie od wyników. Hamak. Czas na wyciągnięcie się na słońcu.
Progresja to Ponzi dla mnie. Prawdziwe życie płynie naokoło. Jak się będę starzał to będę regresował. Jak będę progresował w jakiś dziedzinach życia, to będę się cofał w innych. Czas się z tym pogodzić; zinternalizować, że tak działa życie, a nie się z tym szarpać i kurczowo bronić dotychczasowych maxów.
Chcę robić jakiś trening regularnie, dla radości, którą to daje, endorfin i wpływu na zdrowie, ale niech to będzie to co jest dostępne i ciekawe, a nie efekt szachów 5d i optymalizacji funkcji 200 zmiennych.
Szkocik (Dave Macload) powiedział, że wspaniale jest mieć obsesję na punkcie rozwiązywania problemu a kompletnie zapomnieć o tym, czy uda się drogę 'zrobić' i dać do kajetu, czy nie: https://youtube.com/shorts/FjB-61dbnUE?is=c4agvGVj6R5IqTfW Wydaje mi się, że taki właśnie mindset miałem na początku, przez pierwsze 6-10 lat. A teraz próbuję do niego wrócić i to nie wychodzi.
Kto wie, może mi wróci, jeśli znajdę projekt, który jest tuż obok domu i nie wymaga za dużo logistyki, albo w wyniku jakiegoś większego sukcesu. A może nie. W tym momencie jej nie mam i mam dosyć wmawiania sobie, że jest inaczej.
Oczywiście partnerzy wspinaczkowi mogą mieć inne potrzeby i to również muszę uszanować, chodzić na kompromisy i nie zamykać się na ich wizje wspinania. Ale swoją określiłem.
