Orley Scratches

Rozwód z elegancją

20260221_132857

W gimnazjum nosiłem marynarkę (jako chyba jedyny w szkole); na studiach dużo chodziłem pod krawatem, w koszuli, kamizelce; nawet mucha mi się zdarzyła.

Uważam, że zwykłe jeasny bez dziur i ozdobników, dobrze leżące na człowieku są seksowne i (nasz upadek jako cywilizacji poszedł tak daleko) szykowne.

Lubię ludzi w koszulach. Szczególnie białych, ale w innych też. Na przykład wizja hydraulika w czystej, wygodnej, grubej, czerwonej kraciastej koszuli jest bardzo aha, aha, ten człowiek się szanuje i wie jak żyć. Lubię paski, proste, skórzane lub udające, najlepiej brązowe.

Zniesmacza mnie widok spodni dresowych gdziekolwiek w przestrzeni publicznej. Dresy to przecież 'podomki'. W dresach można być tylko bezdomnym albo zdziecinniałym. To znaczy tak myślałem do wczoraj. A od dzisiaj basta.

Jestem w Walencji na kilkumiesięcznej podróży pracowo-wspinaczkowej 2600km od domu.

Niedługo zapakuję krawat, kamizelkę, koszule, któreś buty, jedne z jeansów i wyślę InPostem do domu.

Chodzi o to, że generalnie to zazwyczaj jestem w dyskomforcie fizycznym. I odpycha mnie wizja noszenia czegoś co nie pozwala na wyciągnięcie rąk maksymalnie w górę, podciąganie się na losowym, napodkanym w parku drążku, niemożliwość siedznia po turecku albo w (pół)lotosie, brak opcji na 15 minutową yogę bądź rolowanie ciała piłeczką. Nawet jak idę na elegancką kolację, zakładam na siebie te - stosunkowo wygodne w swojej kategorii - ładne ciuszki, patrzę w lustro, to za chwilę się przebieram i wychodzę we wspinaczkowch pseudospodniach, swobodnych pseudo-jeansach na gumce, bluzie z suwakiem i kapturem (z jakimś bezsensownym logo, żeby nie wyglądać zupełnie jak wzmiankowany wyżej bezdomny) i t-shircie.

I chyba tak już zostanie, chyba czas się pogodzić z tym, że nie wszystko jest dla wszystkich. Że mogę albo wyglądać porządniej, albo czuć się lepiej w swojej skórze. Że mogę dbać o to, albo o mój sport i inne zobowiązania. Nie zamierzam za to oszczędzać więcej na wygodnych spodniach udających przyzwoite; żeby chociaż tych nieszczęsnych dresów uniknąć, a jedna koszula na czarną godzinę może ze mną pozostać.

Swoją drogą, podjąłem decyzję, że muszę być bardziej minimalistą. Że to nie fanaberia, tylko warunek sensownego funkcjonowania dla mnie. Dlatego po powrocie wyślę większość ubrań rodzicom (na szczęście jest u nich dużo przestrzeni). Dużo rzeczy sprzedałem za ułamek wartości lub rozdałem; to samo spotka kolejne (zastawę do alkoholu, która czeka od 10 lat aż może zrobię imprezę, Thermomix, różne pochowane po szafkach klamoty, zestaw do GO).

Teraz przeprowadzamy się co kilka tygodni (częściej niż byśmy chcieli), przeniesienie naszych klamotów z mieszkania do mieszkania (nie licząc sprzętu, który na stałe mieszka w samochodzie) zajęło nam 10 kursów. Pakowanie samo w sobie było zaskakująco bezbolesne - po prostu trzeba było wziąć ze sobą wszystko i nie było prawie żadnych decyzji do podejmowania.

Fajnie by było, gdyby w przyszłości to było np 7 kursów - może przeprowadzki nie były by dla nas tak męczące.

PS.: A teraz od przeciwnej strony! 'Żonobijki' - czyli koszulki na ramiączkach - podobno wyglądam w nich dobrze. Często ludzie mi się w nich podobają. T-shity zostawiają brzydkie odcięcie w opaleniźnie. Mam kilka ładnych egzemplarzy. Chcę przestać to to nosić też, w ogóle, na zawsze. No co najwyżej po mieszkaniu, skoro już mam kupione. Dlaczego?

  1. Okrutnie się w nich pocę. Bawełna nasiąka potem i zwiększa powierzchnię parowania. Szczelna komora ze skóry pod pachą - nie. Nie wiem czemu nikt z moich znajomych nie ma podobnych doświadczeń, ale już mnie to nie interesuje. Ja wiem, że tak mam i kropka.
  2. Trzeba mieć ze sobą tshirt na przebranie. Robi się zimno - w żonobijce jest lodowato, nawet pod bluzą i kurtką. W samochodzie - jest niewygodnie, goła, upocona skóra dotyka fotela. Jest bardzo gorąco - i tak można się wspinać, biegać bez koszulki (co najwyżej z buffem na karku, żebygo nie spalić). Innymi słowy, to zawsze jest DODATKOWE ubranie, a nie substytut ubrania. A ja nie mam siły przy pakowaniu się na kolejną zmienną. I tak tego pakowania się są okrutne ilości nieustannie.

Żegnaj ładna opalenizno, żegnaj vibe digital nomada w Chang Mai! I przy okazji, żegnaj mój ulubiony, gruby wełniany swetrze z Leonidio - nie wchodzisz pod żadną kurtkę. Dostarczasz ciepło, kosztem możliwości adaptacji do zmieniającej się pogody. Nie nadajesz się do noszenia nigdzie poza domem. Takie to bolesne, na przykład na techno festiwalach, gdzie wszyscy są barwni i mają różne ciekawe kroje ubrań. Ale najwyraźniej dla nich pakowania się i regulacja termiczna nie jest aż tak dużym problemem i czas przestać udawać, że mogę być jak oni. Pozostają mi tylko ciekawe t-shirty.