Przetrwać. Rezyliencia i chroniczny stres oraz niepokój.
Tak sobie myślę, że mój podstawowy tryb funkcjonowania, to chroniczny niepokój, że nie wykorzystuję czasu dość dobrze.
Jestem przerażony, że jestem coraz starszy, że własnie ucieka weekend, dzień pracy, wakacje, wyjazd, zima. Noc ucieka, nie mogę zasnąć, ucieka czas na odpoczynek!
Jeśli po drodze cokolwiek idzie niezgodnie z planem czuję się zaatakowany i zdradzony. Czuję, że w ogóle nie mogę dobić do poziomu 0 od którego zaczyna się prawdziwe życie, cele i rozwój. Że moja codzienność to 'jestem na -9, moim celem jest +2, skończyło się na -10, najlepiej to w ogóle umrzeć'. A każdy kolejny problem (awaria samochodu, nowy fuckup ze strony sklepu/parkingu/instytucji) jest tragedią i oddala mnie od czegoś co postrzegam jako - znowu nie osiagnięte - minimum egzystencji.
Dobiłem do etapu, w którym zapomnienie kluczy z domu powoduje u mnie chęci samobójcze.
Myślę, że ten niepokój jest sam w sobie ogromnym zagrożeniem i niepełnosprawnością. Często myślę, że jest czymś cennym, co trzeba bronić, ale nie, jeśli już to on potrzebuje przynajmniej przerwy, wakacji, odpoczynku. Bo jeśli niepokoją mnie drobne rzeczy, to przeoczę przez to poważne zagrożenia i nie będę miał szerokiego obrazu.
Dlatego potrzebuję oprócz tej baselineowej myśli "czy robię dość dużo?" drugiej zupełnie odwrotnej.
Udało się przetrwać do końca dnia!
Udało się dożyć do 34 urodzin! (vs znowu jestem rok bliżej do śmierci).
Udało się przeżyć spotkanie w pracy.
Udało się dotrwać do spotkania z bliskimi.
Udało się wytrzymać spotkanie z bliskimi.
Każdy przetrwany dzień to sukces.
Im dalej w wiek dobrnę, tym fajniej.
Chodzi mi o inną pętlę niż ciągłe poczucie porażki i presji czasu; chodzi mi o pętlę, która nagradza przetrwanie, leczenie ran, odporność, stabilność, odpoczynek, defensywę, zwolności regeneracyjne.
Nie mówię, że ta pętla musi zastąpić w całości tą ambitną na rozwój, ale cholera, przynajmniej musi ją uzupełniać!