Depolityzacja i Łagodny Antykonsumpcjonizm
Już ze dwa lata słucham Vlada Vexlera, który jest wybitny w tłumaczeniu rzeczywistości politycznej.
Od przynajmniej dekady (jak nie 2) jestem też kompletnie zniechęcony polityką. Vlad jednak zdołał mnie przekonać, że kompletne odcięcie się od polityki jest czymś niemoralnym; jest zachowaniem niewolnika w totalitarnym reżimie, a nie obywatela.
Nie czuję jednak, że bycie pasywnym konsumentem polityki jest wartościowe. Na jakie moje potrzeby zaangażowanie w politykę mogłoby odpowiadać:
- pompowanie sobie ego, gromadzenie sukcesu, popularności
- zdobywanie wpływów, posłuchu
- potrzeba bycia częścią społeczności
- potrzeba zmieniania świata na lepsze
- możliwość ujścia dla codzienniej frustracji
Kolejny poziom analizy: co chciałbym myśleć o swoim życiu na jego koniec? Czy ważne jest jak duży się miało wpływ na rzeczywistość? Otóż myślę, że jeśli wpływ jest negatywny, to lepiej jest mieć jak najmniejszy, jeśli pozytywny, to fajnie jeśli narasta. Przy czym uważam, że w 2026 ludzkość na poziomie politycznym i biznesowym priorytetyzuje skalę, a jeśli uda się bocznymi uliczkami przemycić odrobinę etyki lub jakości, to fajnie; ale to jest gdzieś tam z tyłu. Przed jakimkolwiek zaangażowaniem w politykę powstrzymuje mnie analiza: 'czy odniosę sukces? jaki pomysł, platformę mogę mieć, żeby wygrać?'. Coraz bardziej skłaniam się jednak ku wizji, że wolałbym reprezentować idee, w które głęboko wierzę nawet jeśli nikt tego nie zauważy, i nic się nie zmieni. Może ktoś bardziej charyzmatyczny wpadnie na nie niezależnie za 20 lat i zdoła cośtam zdziałać, ale będzie w tym przynajmniej moja malutka cegiełka, że gdzieś tam ten sam sentyment zasiewałem? I może to jest lepsze niż takie na przykład zostanie posłem na 2 kadencje bez większego pomysłu, 'co ja właściwie reprezentuję?' albo nawet prestiżowa rola prezydenta-długopisu?
Nie widzę adekwatnej (a czasami żadnej) reprezentacji dla niektórych z moich przekonań w dyskursie publicznym. Może nie dość dobrze szukam?
Zastanówmy się teraz, koło jakich postulatów, sentymentów krążą moje przemyślenia i potrzeby. Wierzę w kapitalizm, lub jestem nim zobrzydzony zależnie od kontekstu i sytuacji. Podobnie socjalizm i komunizm są dla mnie naprzemiennie czymś pięknym i przerażającym. Myślę, że moje poglądy to rodzaj antykonsumpcjonizmu; przekonania o tym, że wolny rynek i liberalizm są wspaniałe, ale trzeba je bronić, żeby same siebie nie skonsumowały; że po drodze ubiły parę toksycznych ideologii, które jednak odpowiadały na ludzkie potrzeby i nie powstały dla nich uczciwe alternatywy. Dobra, konkretnie.:
- Right to repair; na urządzeniach RTV&AGD widnieją klasy energertyczne A-G. Muszą być też klasy naprawialności.
- Chcę, żeby w sklepach wielkopowierzchniowych i przestrzeni publicznej było ciszej.
- Reklamoza jest odpychająca. Szczególnie ekrany w przestrzeni publicznej nie powinny występować.
- Uważam, że firmy tkwią w społecznym dylemacie więźnia; muszą uciekać się do antyspołecznego marketingu i strategii, żeby zachować konkurencyjność; jedytnie instytucje mogą je przed tym uratować.
- Uważam, że firmy są cenne, ważne, przeraża mnie możliwość 'wylania dziecka z kąpielą' ale też uważam, że ponoszą odpowiedzialność za większość patologii życia codziennego w nowoczesności i desperacko potrzebują regulacji
- Jednocześnie czuję przerażenie przed biurokratyzacją oraz wypieraniem małych i średnich przez wielkich. 'Petite bourgeoisie' to klasa, która wg mnie desperacko potrzebuje reprezentacji, a przez jej brak jest podatna na zakusy różnych far-rightowych oszustów.
- Updała komunikacja. Ludzie partycypując w demokracji widzą w przedstawicielach innych poglądów wrogów na śmierć i życie, a nie współzawodniczących przyjaciół. Putin nie wierzy w pokojowe współzawodnictwo jako koncept. My, obywatele Polski, członkowie Unii Europejskiej, NATO, demokracji właśnie tracimy pokojowe współzawodnictwo, a na dodatek wiarę w to, że w ogóle jest możliwe, co przybliża nas do Putina. To jest trudne i subtelne, bo nie chodzi o to, żeby wybielać nieetyczne zachowania czy postaci; chodzi o to, żeby uczyć się dobrze argumentować, nie szantażować drugiej strony emocjonalnie, żeby próbować rozumieć drugą stronę i jej problemy oraz traktować je poważnie. Dyskutować z drugą stroną, a nie jej zakrzywionym obrazem propagowanym przez 'naszych' tkwiąc w nadreaktywności i wypatrywaniu sygnałów 'swój, czy wróg' z 'a nie mówiłem!' czekającym na skraju świadomości na okazję, żeby jeszcze głębiej się okopać.
- Bardzo ważne jest to, żeby w dyskusjach oddzielać 'kto ma rację' czyli proponuje najlepsze rozwiązanie problemu, a kto najlepiej się komunikuje, bo to często nie idzie w parze.
- Kupujemy za dużo nowych rzeczy a za mało używanych.
- Kupujemy nowe problemy wmawiając sobie, że kupujemy rozwiązania.
- Miejsca, w których funkcjonujemy (sklepy, urzędy, osiedla, ulice) są odpychające, niewygodne, wrogie, brudne, agresywne.
- Etykiety i reklamy kłamią.
- Ludzie zostają multimilionerami sprzedając produkty, które nie działają, które udają, że są tym czym twierdzą, że są; ogromna część gospodarki istnieje tylko dzięki klientom, którzy próbują zaspokoić jakąś potrzebę, ale im się to nie udaje; jednak ich porażka kosztuje pieniądze i generuje zysk dla sprzedawcy.
- Robimy tylko rzeczy, które da się opakować w produkt.
- Mamy obsesję na punkcie progesji, optymalizujemy rzeczy skorelowane czasowo z naszymi celami i nie zauważamy, kiedy wykresy się rozjeżdżają.
Ok, to nie wyszło tak spójnie, ani kompletnie jak bym chciał, miejmy nadzieję, że kiedyś tu jeszcze zajrzę i trochę to poprawię, rozszerzę, ale póki co publikuję takie jakie jest, inaczej zostanie kolejne 3 lata w 'Drafts'.